Normalny dzień zakończył się krzykiem.
Dwunastoletni chłopiec upadł na podłogę, zabity nie przez chorobę czy przemoc, lecz przez cichy strumień, którego nikt nie mógł zobaczyć.
Jedno złe połączenie. Jeden krok. Jedno stracone życie. Panika rozprzestrzeniła się po ulicach.
Kiedy drzwi karetki się zamknęły, życie rodziny dzieliło się już na „przed” i „po”.
Pusty pokój dziecięcy, nietknięta torba szkolna, echo ich głosów w każdym kącie
Teraz, gdy jestem w domu, czuję się, jakbym była obwiniana: dlaczego nikt nie wiedział, dlaczego nikt nie sprawdził?
Śledczy metodycznie przemieszczają się od gniazdka do gniazdka, śledzą kable, sprawdzają gniazdka, szukając dokładnego miejsca, w którym nastąpiła awaria urządzeń zabezpieczających i śmierć.
Wokół nich sąsiedzi po cichu wzywają elektryków, odłączają przeciążone przedłużacze i sprawdzają za pomocą alarmu uszkodzone kable, na które wcześniej nie zwrócili uwagi.
Władze proszą, aby traktować każde migotanie, każde potrząśnięcie, każdą ciepłą świecę jako ostrzeżenie, a nie niedogodność.