Krystyna Feldman urodziła się 1 marca 1916 roku we Lwowie – w samym środku zawieruchy I wojny światowej.
Miasto przechodziło z rąk do rąk, a jej pierwsze lata życia upływały w cieniu niepewności i strachu. Pochodziła z polsko-żydowskiej rodziny o silnych tradycjach artystycznych.
Oboje rodzice byli aktorami, więc teatr od początku był jej naturalnym środowiskiem. Gdy miała zaledwie trzy lata, zmarł jej ojciec.
To wydarzenie naznaczyło jej dzieciństwo, ale nie odebrało jej determinacji. Już jako pięciolatka zaczęła pojawiać się na scenie.
Od najmłodszych lat wiedziała, że nie chce innego życia. Była uparta, odważna i bezkompromisowa. Jako nastolatka potrafiła zbuntować się przeciwko szkolnym obowiązkom – sprzedała podręczniki i wróciła do domu, bo czuła, że jej miejsce jest w teatrze, a nie nad zeszytami z rachunkowości. Nie interesowały jej przedmioty ścisłe, nie marzyła o „bezpiecznym zawodzie”. Ukończyła studia aktorskie w Warszawie w 1937 roku, ale zdecydowała się wrócić do Lwowa. Wkrótce miało się okazać, że historia znów wystawi ją na próbę.

Podczas II wojny światowej nie pozostała bierna. W 1942 roku została łączniczką Armii Krajowej. Przenosiła meldunki i broń, ryzykując życiem. Działała w konspiracji, mając świadomość, że jeden błąd może kosztować ją wszystko. Po wojnie wróciła na scenę, grając zarówno role kobiece, jak i męskie. Granice Polski zmieniły się, a ona musiała opuścić rodzinny Lwów. W kolejnych latach występowała w wielu miastach, budując swoją pozycję w świecie teatru. Była aktorką charakterystyczną, wyrazistą, niepodobną do innych. Sama mówiła o sobie z dystansem, że nie była „pszennowłosą pięknością z rozmarzonym spojrzeniem”, lecz osobą o mocnych rysach i jeszcze mocniejszym charakterze.
Jej życie prywatne również wymykało się schematom. Zakochała się tylko raz – w dużo starszym, żonatym reżyserze. Ich relacja wywoływała sensację, sprzeciwiała się jej nawet matka aktorki. Dla Feldman była to jednak jedyna prawdziwa miłość. Przeżyli razem sześć lat, aż do nagłej śmierci mężczyzny. Po jego odejściu już nigdy nie związała się z nikim na stałe. Nie miała dzieci, a swoją energię i emocje oddała scenie.
Szeroka publiczność poznała ją przede wszystkim jako Rozalię „Babka” Kiepską w serialu „Świat według Kiepskich”. Ta rola przyniosła jej ogromną popularność i sympatię widzów, choć przez dekady wcześniej pozostawała aktorką cenioną głównie w środowisku teatralnym. Prawdziwy przełom przyszedł jednak dopiero u schyłku jej życia. W 2004 roku, mając 88 lat, zagrała główną rolę w filmie „Mój Nikifor”. Wcieliła się w postać prymitywisty Nikifora Krynickiego z taką siłą i autentycznością, że zdobyła najważniejsze nagrody filmowe w Polsce oraz międzynarodowe uznanie. Na swoją wielką, pierwszoplanową rolę czekała ponad pół wieku.
W tym samym czasie los okazał się dla niej bezwzględny. Podczas pobytu u siostry została brutalnie napadnięta przez trzech młodych mężczyzn. Złamali jej kość udową i odebrali sprawność, której już nigdy w pełni nie odzyskała. Powodem był rabunek – w torebce miała jedynie papierosy, różaniec i niewielką sumę pieniędzy. Napastnicy wiedzieli, kim jest. Mimo cierpienia i długiej rehabilitacji potrafiła im wybaczyć, tłumacząc, że jako chrześcijanka powinna zdobyć się na taki gest. To była jedna z tych decyzji, które pokazują jej wewnętrzną siłę.

Sukces filmowy sprawił, że stała się obiektem ogromnego zainteresowania mediów. Propozycje wywiadów i występów mnożyły się, ale ona nie zamierzała zmieniać swojego stylu. Kiedy jeden z najbardziej kontrowersyjnych showmanów próbował zaprosić ją do programu, odpowiedziała w swoim bezkompromisowym stylu, że nie jest zainteresowana. Była wierna sobie – bez kalkulacji, bez udawania.
Odeszła 24 stycznia 2007 roku. Do końca zachowała niezależność – nie chciała uporczywego leczenia, sama planowała szczegóły swojego pogrzebu. Marzyła, by „zestarzeć się na wesoło” i nawet w obliczu śmierci nie traciła poczucia humoru. Została pochowana w Poznaniu, ubrana w kostium ze swojego ostatniego monodramu – jakby scena była z nią do samego końca.
Jej grób do dziś odwiedzają fani, zostawiając znicze i kwiaty. Pamiętają nie tylko serialową Babkę Kiepską, ale kobietę, która przeżyła dwie wojny, działała w konspiracji, kochała wbrew konwenansom i do końca życia szła pod prąd. Krystyna Feldman była dowodem na to, że prawdziwa siła nie potrzebuje krzyku – wystarczy konsekwencja i odwaga, by zawsze być sobą.