Nieoczekiwana prośba od bestii z tajgi

Jesień w tajdze to czas szczególny. Liście już opadły, śnieg jeszcze nie spadł, a zwierzęta przygotowują się do długiego snu zimowego, gromadząc ostatnie zapasy tłuszczu.

W tych stronach drogi są opustoszałe, jedynie sporadycznie przejeżdżają po nich ciężarówki z wycinką drzew lub myśliwi na quadach.

Nikołaj Pietrowicz, doświadczony myśliwy, który znał tutejszą tajgę jak własną kieszeń, wracał swoim UAZ-em z zimowiska.

Zanim nadeszły mrozy, odwiedzał chaty, sprawdzał ich stan i dowoził zaopatrzenie. Do wioski pozostało mu jeszcze około siedemdziesięciu kilometrów, gdzie czekała na niego łaźnia, obiad i ciepło.

Nagle na środku drogi pojawił się niedźwiedź. Ogromne, brązowe zwierzę o lśniącym, jesiennym futrze nie biegło, nie warczało i nie stawało dęba. Stało nieruchomo, wpatrując się intensywnie w samochód. Nikołaj zwolnił. Ostry ból przeszył mu pierś: o tej porze roku niedźwiedzie są szczególnie niebezpieczne, głodne i drażliwe. Myśliwy zatrąbił, ale niedźwiedź jedynie drgnął uchem. Zamiast zaatakować, niedźwiedź nagle wydał przeciągły, żałosny ryk, niczym wołanie.

Mikołaj zgasił silnik i wysiadł z samochodu. Niedźwiedź zrobił krok w jego stronę, zatrzymał się, ponownie zaryczał i skierował się w stronę lasu, nieustannie oglądając się za siebie, jakby sprawdzał, czy mężczyzna idzie za nim. Zaskoczony nietypowym zachowaniem zwierzęcia, Mikołaj chwycił za broń i poszedł za nim. Przeszli około pół kilometra, aż dotarli do starego, powalonego świerka z wyrwanymi korzeniami. Tam niedźwiedź zawył niespokojnie. Mikołaj podszedł bliżej i zobaczył niedźwiadka w głębokiej norze pod korzeniami. Niedźwiadek utknął i nie mógł się wydostać, jego łapa była złamana i nienaturalnie wykrzywiona.

Niedźwiedzica stała nieopodal, patrząc na Mikołaja z niewysłowioną prośbą. Zdając sobie sprawę, że zwierzę prosi o pomoc, mężczyzna wrócił do samochodu po narzędzia. Pracował przez około godzinę, usuwając gruz i ostrożnie uwalniając niedźwiedzicę. Ostatecznie niedźwiedzicę udało się uratować. Po zbadaniu jej, Nikołaj powiedział niedźwiedzicy, że niedźwiedzicę trzeba zabrać do weterynarza, bo inaczej umrze. Ku zaskoczeniu matki, pozwoliła mu zabrać niedźwiedzicę.

W wiosce weterynarz unieruchomił niedźwiedzicę i zalecił leczenie. Nikołaj pielęgnował zwierzę jak własne dziecko: karmił je butelką, zmieniał mu opatrunki i trzymał w swojej stodole. Kiedy łapa się zagoiła, myśliwy zabrał silnego już Miszkę z powrotem pod ten sam świerk. Młody, teraz duży i silny, przytulił swojego wybawcę po raz ostatni i zniknął w lesie.

Minęło pięć lat. Nikołaj Pietrowicz był już w podeszłym wieku, gdy na jednej z zimowych tras jego UAZ rozbił się i wpadł do rowu. Noga myśliwego utknęła w pułapce, nie mógł się wydostać, a mróz stawał się coraz bardziej dotkliwy. Gdy już prawie nie było nadziei, drzwi zmiażdżonego samochodu ustąpiły. W otworze pojawił się ogromny, niedźwiedzi pysk. Zwierzę zbadało mężczyznę, polizało go po policzku i wydało z siebie ten sam cichy, skomlący dźwięk, co wcześniej. Niedźwiedź poszerzył lukę w śniegu, wyciągnął Nikołaja z samochodu i położył się obok niego, ogrzewając go przez całą noc. O świcie zaprowadził grupę myśliwych na miejsce wypadku, którzy wkrótce przybyli z pomocą.

Po tym incydencie Nikołaj regularnie odwiedzał swojego leśnego przyjaciela. Za każdym razem zostawiał niedźwiedziowi puszkę skondensowanego mleka, które zwierzę ostrożnie zjadało na oczach swojego wybawcy. Nikołaj dożył osiemdziesięciu lat i wędrował po tajdze aż do śmierci. Mówią, że w dniu jego pogrzebu na skraj wioski wyszedł ogromny niedźwiedź, długo przyglądał się domom, a potem zniknął w lesie na zawsze. Wiosną myśliwi znaleźli w miejscu pierwszego spotkania otwartą, nietkniętą puszkę mleka skondensowanego i ślady niedźwiedzia. W tym miejscu ustawiono tablicę z napisem: „Zwierzęta pamiętają”.

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *