O kocie. (Nie polecam czytania w pracy, bo może zepsuć dzień.)

Przez pierwsze dziesięć lat życia był po prostu kotem. Silnym, bezczelnym stworzeniem o szarobrązowej sierści, z gęstym, długim futrem, które stale splątywało mu się po bokach.

Głębokie, uporczywe zadrapania na pysku i postrzępione uszy nadawały mu wręcz gangsterski wygląd.


W ogromie naszego starego, zrujnowanego mieszkania, niczym dumny i wolny Nokhcha, żył z rozboju i grabieży.

Poza nim nie stronił od przemocy. Domagał się poszanowania praw i nie dbał o swój mały, ale wysłużony penis. Jako przywódca okolicy, bezlitośnie bił wszystkie okoliczne koty, reagując zupełnie nieadekwatnie na najmniejsze zaczepki. Chwilami zdawało się, że opanował go nieugięty duch wielkiego karateki Masutatsu Oyamy; robił to z tak szaleńczą, kyokushinowską presją, że rzucał się na wszystkich przeciwników, zmiatając ich z powierzchni ziemi, miażdżąc w drobny mak samą myśl o oporze.

Imię dostał dopiero, gdy córka podrosła, a ona nadała mu imię Tim, żeby go zidentyfikować, tak jak zniewieściały, domowy bachor teściowej, który ciągle sikał pod kanapę. Kot jednak był surowy. Traktując mnie jak równego sobie, wyraźnie stawiał żonę i córkę niżej w hierarchii rodzinnej i traktował je z protekcjonalną pogardą. Dorastając, maluch zaakceptował ten układ takim, jaki był, podczas gdy moja żona, przejęła nade mną kontrolę, próbowała siłą podporządkować sobie również kota. Ale nie ma mowy.

Ilekroć w końcowej fazie burzliwego miesiąca miodowego napotykała ponurą, zmrużoną minę, niczym w BMW serii 7, spod której Kot z obrzydzeniem obserwował spocony niepokój swojej pani, za każdym razem ogarniało ją zażenowanie. Zatrzymywała się w połowie tarcia i owijała prześcieradłem, domagając się, by to bezczelne zwierzę zostało z niej usunięte. Osiągnąwszy pożądany rezultat, Kot, z ogonem w górze, odchodził sam.

Duma nigdy nie pozwalała mu prosić; zawsze domagał się tego, co dostawał, albo o to walczył. Jedzenie, starannie układane przez żonę w czystej misce, czerstwieło i znikało. Głodny i zły, raczył uczestniczyć w rodzinnym posiłku: siadał na wolnym stołku przed stołem, opierał na nim głowę i zamykał oczy, udając całkowitą obojętność wobec tego, co się działo. Ale gdy tylko na chwilę się rozproszył, spod stołu wyskakiwała łapa z wysuniętymi pazurami, szybkim hakiem i nieuchwytnym ruchem chwytała kotlet lub kiełbasę z najbliższego talerza. Była dokładnie taka sama jak ta w jego misce. Zasłużenie dostał ode mnie solidnego kopniaka, pomknął przez kuchnię i korytarz, wciąż trzymając swoją ofiarę, z hukiem walnął w drzwi łazienki, po czym, jakby nic się nie stało, podniósł się z wysoko uniesionym ogonem i wrócił, by spokojnie pożreć swój zasłużony kęs u moich stóp. Szanowaliśmy się nawzajem, bez względu na wszystko, ale zasady też musiały być przestrzegane. Prawo jest prawem.

Pochodził z pierwszego miotu kota sąsiada. Mówią, że pierwszy miot jest zawsze najsilniejszy. Trzy dymno-szare i jeden brudnobrązowy. Był bezczelny od urodzenia – podczas gdy inne kocięta, znajdując wolną pierś, uspokajały się i nasycały, on pełzał wokół matki z oburzeniem, piszcząc i ignorując dostępne sutki, aż w końcu przegonił jednego ze swoich braci i zajął jego miejsce.

Ryby były jego pasją. Wszelkiego rodzaju: smażone, gotowane, solone, mrożone, zgniłe. Ale przede wszystkim żywe. Był mistrzem w zdobywaniu jedzenia. Niczym doświadczony piłkarz na rzucie rożnym, rzucał się na oślep na dźwięk otwieranej lodówki, wpadając pod nogi, gdy w zamieszaniu próbował wykonać rzut wolny. Ani jeden przypadek kradzieży jedzenia nie umknął jego celowo obojętnemu spojrzeniu. Wszystko, co zapomniane lub pozostawione, choćby na chwilę, stawało się jego prawowitą zdobyczą. Tak więc mięso i ryby krążyły po domu krótkimi podaniami, niczym kulka rzeźnika, ani na chwilę nie pozostając odkryte.

Ryba prawie go zabiła. Pewnej nocy ukradł sąsiadom przez otwarte okno odcięty ogon ogromnej, trzykilogramowej klaczy, przyniósł go do domu i próbował zjeść na dywanie w salonie. Uczta zakończyła się tym, że jedna z kości utkwiła mu w gardle, przebijając przełyk i tchawicę. Znalazłem go skulonego pod wnęką kuchenną około szóstej rano. Z pianą w pysku wyglądał jak rozdymka. Część wydychanego przez niego powietrza przedostawała się pod skórę przez otwór i dosłownie puchł na moich oczach. Była sobota rano. Gabinet weterynaryjny był otwarty do południa tego dnia. Potrzebne było natychmiastowe działanie.

Rola wybawicielki przypadła sąsiadce – 75-letniej Żydówce, emerytowanej ginekolog. Zbudzona przed świtem, niebieskowłosa, babcina dmuchawiecka mniszka lekarskiego trochę ponarzekała, ale nie mogła odmówić. Starannie umywszy kościste, żółte dłonie, jak opisywała Spasokukotsky-Koczergin, i założywszy gumowe rękawiczki, wygasła gwiazda rosyjskiej ginekologii pewnym krokiem weszła do kuchni.

— Kitty, otwórz usta.

W jej dłoni, w promieniach wschodzącego słońca, błyszczało coś, co przypominało polerowaną stal nierdzewną, przypominając jednocześnie dziób kaczki, dużą klamerkę do bielizny i męski oud.

Moja wrodzona pomysłowość podpowiadała mi, że to urządzenie można by śmiało nazwać 3.14zdoskopem. Moje podejrzenia pośrednio potwierdziła żona, która westchnęła, zarumieniła się i nieśmiało schowała się w wannie. Zaskoczony takim wycofaniem, Kot, nie bez racji, założył, że to urządzenie, które widziało więcej cipki niż Internet Explorer, zostanie mu zaraz wepchnięte do ust i przeszedł do defensywy, zadając kilka głębokich zadrapań swojemu potencjalnemu wybawcy. Walka zakończyła się technicznym nokautem, z wyraźną przewagą jednej ze stron. Podczas gdy staruszka, życząc Kotu długiej i bolesnej śmierci, opatrywała jego rany bojowe, w końcu znalazłem numer telefonu do weterynarza przez znajomego. Umówiliśmy się na dziewiątą.

Klinika weterynaryjna w naszym mieście to duży, przedrewolucyjny, ceglany hangar z betonową podłogą. Na środku pomieszczenia stoi sadomasochistyczna maszyna do ćwiczeń dla bydła. Za lichym ekranem stoi metalowy stół. To jest sala operacyjna. Najnowszym wybawcą jest pulchna, przestraszona młoda kobieta, również z mojej szkoły, ale o pięć lat młodsza.

„Mam na imię Lena i pomożesz mi” – oznajmia. „Nie boisz się krwi?”

— Oczywiście, że się boję, ale co mogę zrobić…

W tym momencie Kot zapełnił już całą torbę podróżną, w której go umieszczono do transportu, i trzeba było ją rozciąć. Po wstrzyknięciu mu jakiegoś środka znieczulającego w wewnętrzną stronę uda, Lena pobiegła przygotować „salę operacyjną”.

— Zaraz straci przytomność, a potem go przyprowadzą.

Kot nie zemdlał. Pięć minut później podano mu kolejny zastrzyk. Potem kolejny. W końcu, pół godziny później, kiedy Lena, według niej, podała już dawkę cielęciu, cierpiący w końcu odleciał do królestwa Morfeusza.

Poczułem mdłości, gdy tylko zaczęła przywiązywać łapy kota do stołu. Nienawidzę zapachów leków. Położyła kota płasko na grzbiecie, zmusiła mnie do przytrzymania mu głowy, a potem, wbijając pęsetę głęboko w pysk, wyciągnęła ogromną, poszarpaną kość.

„To nie wystarczy. Musimy spuścić powietrze i koniecznie zszyć tchawicę. Ja to zrobię, a ty trzymaj szyję. Nie musisz patrzeć”.

Łatwo powiedzieć: „Trzymaj się za szyję” – Kot stał się wtedy niczym nadmuchana gumowa rękawica, a jego pojęcie szyi było tak względne, jak pojęcie talii Leny. „Pffffff” – wydusiła cicho kotka w chwili, gdy wykonała pierwsze nacięcie. Poczułem cienki strumień powietrza wiejący z dołu na moją twarz, z jakiegoś powodu pachnący świeżą rybą. W tym samym momencie dodałem do tego bogaty aromat wczorajszego barszczu i porannych kotletów, rozrzucając je po stole operacyjnym.

„To wszystko?” – zapytała Lena nonszalancko. „A teraz to puśćmy w obieg”.

I zaczęliśmy pompować powietrze w kierunku nacięcia w jego gardle, jakbyśmy spuszczali powietrze z materaca na plaży. Kiedy Kot wyglądał jak przebity balon (albo prezerwatywa, jak kto woli), zaczęła się najciekawsza część – OPERACJA! Miałam przeczucie, że kiedy kroiliśmy koty podczas stażu przed dyplomem, Lena albo miała okres, albo była na aborcji. Pominęła ten temat. W zasadzie poszukiwania tchawicy przerodziły się w poszukiwania łechtaczki w załodze okrętu podwodnego. Gdyby nie moja pomysłowość, nadal by szukali. „Posmaruj to mydłem” – mówię – „gdzie bąbelki, tam dziura”. I znowu zwymiotował. Ale tym razem do kuwety z narzędziami, w cywilizowany sposób. I wtedy nagle przypomniałam sobie książkę Bułhakowa o tracheotomii. „Tnij głębiej” – mówię.

Znalazłem to…

W tym momencie kot, z jakiegoś powodu, zaczął się miotać na stole operacyjnym. Ugryzł Lenę, udało mu się uwolnić tylne łapy i strącił nimi wszystkie narzędzia na podłogę. Potem poszarpał mi ręce i próbował wstać. Nieugięta Rosjanka odepchnęła mnie, przycisnęła wściekłego mężczyznę do stołu piersią i wstrzyknęła mu więcej narkotyków. Albo wody święconej, nie pamiętam, bo zrobiło mi się niedobrze…

Tej samej nocy Kot otrzymał od żony przydomek „Kościół”, na cześć niesławnego kota z „Królewskiego Smętarza Zwierząt”. Około trzeciej nad ranem, pędząc na złamanie karku do łazienki, powitało ją kuliste stworzenie, potykające się chwiejnie na sztywnych nogach i wydające bulgoczące, rechoczące dźwięki. U kota zaczęły się objawy odstawienia i był głodny. Po obżarstwie wdrapał się na nasze łóżko i zaczął lizać mnie po rękach. Po raz pierwszy w swojej niedawnej historii. Podejrzewam, że był to wyraz wdzięczności. Jego nieruchome oczy były szeroko otwarte, odsłaniając włosy i przyklejone do nich resztki. „Każdy człowiek sieje, co może, i zbiera nagrodę”.

Oczywiście Kot stopniowo tracił talent do miauczenia, ale nigdy się go nie nauczył. I następnego dnia znalazł ten nieszczęsny rybi ogon i go dokończył; dla niego była to kwestia zasad. Bo ścieżka wojownika to ścieżka śmierci.

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *