Na tym zdjęciu są dwa światy, które stoją obok siebie, ale nigdy się nie spotykają.

Po lewej — biała lodówka. Kiedyś stała w kuchni. Trzymała masło, zupę z wczoraj, może ciasto na niedzielę. Na drzwiach ma jeszcze resztki magnesów, ślady dziecięcych palców. Teraz stoi na podwórku, wśród śmieci, podparta niebieską, spróchniałą deską. Drzwi już nie domykają się szczelnie. Nikt jej nie wyrzucił do końca, nikt też nie zabrał z powrotem. Czeka.

Po prawej — człowiek. Siedzi na zimnym betonie, w brudnej, za dużej kurtce, w czapce, która pamięta lepsze zimy. W rękach ściska kosę, a właściwie to, co z niej zostało — trzonek i ostrze. Trzyma ją jak laskę, jak jedyną rzecz, która nie pozwala mu upaść. Ma zmęczone oczy, ale patrzy prosto w obiektyw. Nie prosi o litość.

Ta lodówka to jego dom. A może to on jest jej strażnikiem.

Mieszkańcy wsi mówią na niego Wiktor. Kiedyś pracował w kołchozie, kosił trawę od świtu do zmierzchu. Potem kołchozu nie stało, pracy nie stało, żona wyjechała do miasta. Dom się zawalił, dosłownie i w przenośni. Zostało mu tylko to podwórko, ta lodówka, w której teraz trzyma chleb żeby szczury nie zjadły, i ta kosa.

Ludzie przynoszą mu czasem coś do tej lodówki. Ktoś włoży słoik barszczu, ktoś kawałek chleba. On nigdy nie mówi «dziękuję» głośno, tylko kiwa głową. Bo wdzięczność jest za ciężka, gdy nie masz gdzie jej położyć.

Dziś znowu siedzi i czeka. Nie na cud. Po prostu czeka, aż dzień się skończy. A lodówka stoi obok, biała i pusta, jak obietnica, której nikt nie dotrzymał.

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *