To zdjęcie obiegło potem wszystkie porty, ale nikt tak naprawdę nie uwierzył w to, co opowiedzieli trzej rybacy.
Był poranek jak każdy inny. Mgła nad Bałtykiem była tak gęsta, że nie było widać dziobu kutra. Sieci były ciężkie, puste. I wtedy poczuli szarpnięcie. Coś ogromnego.
Myśleli, że to kontener, może zatopiona łódź. Kiedy wyciągnęli to na pokład, zapadła cisza.
Różowa trumna. Idealnie zachowana, a przecież cała obrośnięta wodorostami, muszlami i starą liną rybacką, jakby leżała na dnie dziesiątki lat. Nie była drewniana. Była metalowa, ciężka, zimna. I nie miała ani jednej rysy. Tylko ten kolor — absurdalny, jaskrawy róż, który w tej szarości wyglądał jak żart.
Najstarszy z nich, Marek, przeżegnał się. Najmłodszy chciał od razu ciąć liny i zrzucić to z powrotem do wody.
Ale ciekawość była silniejsza.
Kiedy podważyli wieko łomem, mechanizm puścił z cichym sykiem, jakby w środku było ciśnienie. Spodziewali się najgorszego. Spodziewali się kości, wody, zapachu.
W środku nie było ciała.
W środku, na białej, satynowej podszewce, leżała mała, drewniana szkatułka, a na niej — świeży, jeszcze wilgotny list. Na kopercie było napisane ich imionami. Wszystkich trzech. Pismem, którego żaden z nich nigdy nie widział, ale które każdy z nich rozpoznał od razu. Pismem ich matki, która zmarła 20 lat wcześniej tego samego dnia.
I wtedy zrozumieli, dlaczego bali się otworzyć. Bo to, co było w środku, czekało właśnie na nich.