Dwa lata temu postanowiłam sprzedać prawie nową sukienkę, którą moja córka miała na sobie raz. Cena była symboliczna.
Zadzwoniła kobieta i obiecała przyjechać. Czekałam sześć godzin.
Przyszły matka, córka i babcia. Dziewczyna przymierzała sukienkę, a babcia poprosiła o możliwość skorzystania z toalety.
Wpuściłam ją – niezręcznie było odmówić. Ale zamiast wrócić, poszła do kuchni i zaczęła otwierać szafki, przeglądać moje rzeczy i zadawać pytania, jakbym oprowadzała ją po domu. Kiedy powiedziałam, że się spieszę, w końcu wyszły.
Ten incydent wyznaczył punkt, w którym przestałam cokolwiek sprzedawać, a tym bardziej rozdawać.
Wcześniej była rodzina o niskich dochodach, która dostała ubrania, a potem uśmiechnęła się i powiedziała mi, że są „tanie” i że sąsiedzi dają im Lacoste.
Była kobieta, która wzięła sukienkę za darmo i przy windzie powiedziała mężowi, że dopóki istnieją „kompletni idioci”, będzie się ubierać pięknie kosztem innych.
Po takich sytuacjach chęć pomagania po prostu zniknęła.
W latach 90. nosiłyśmy z siostrą cudze ubrania i się z tego cieszyłyśmy. Wtedy wydawało się to normalne i satysfakcjonujące. Dziś jest inaczej – ludzie czują się zobowiązani.
Teraz mam zasadę: kupuję tylko to, co faktycznie noszę. Jeśli rzeczy nie mieszczą się w dwóch, trzech torbach, to znaczy, że mam ich za dużo. Wszystko, po co nie mogę sięgnąć, ląduje w szmatach: wycieram, piorę i wyrzucam. Żadnych prób sprzedaży, żadnych namawiania, żeby „oddać potrzebującym”.
Moi znajomi narzekają, że noszą tylko 10% swojej garderoby, że próbują prać, prasować, fotografować i sprzedawać wszystko – i słyszą prośby, żeby „oddać za darmo”.
Nie chcę już tracić czasu na ten taniec z rzeczami.
Uczę się od Japończyków – zadowalać się małym, cenić komfort i ciszę. I co najważniejsze: nie czuć się winnym, że nie chcemy nic nikomu dać.