Kiedy masz ponad czterdzieści lat, nie szukasz już motyli w brzuchu.
Pragniesz spokoju, bezpieczeństwa i ciepła. Po prostu chcesz żyć – bez gier i udawania.
Wydawał się odpowiednim mężczyzną. 54 lata, inżynier, poważny, zrównoważony, bez złych nawyków.
Po trzech miesiącach znajomości postanowiliśmy zamieszkać razem. Wszystko wydawało się logiczne.
A dwa miesiące później po cichu spakowałam swoje rzeczy.
Bez krzyków. Bez urazy. Po prostu odejdź.
Powód? Tylko dwa z jego „drobiazgów”.
Dwa nawyki, przez które w domu było zimno.
Pierwszy to telewizor.
Codziennie o szóstej rano wiadomości.
Głośno. Z lektorem, jakby nadawał prosto z naszej sypialni.
Poprosiłam go, żeby ściszył. Powiedział:
„To moje. Żyłem tak całe życie.”
A każdy dzień zaczynał się od niepokoju.
O polityce, chorobach, cenach, starości.
Ani jednego ciepłego tematu, ani jednego uśmiechu.
Tylko niekończące się narzekania.
Próbowałem zmienić temat. Był obrażony:
„Nie chcesz wiedzieć, co się dzieje na świecie”.
Ale ja po prostu chciałam spokoju – w sobie.
Nie bił mnie, nie oszukiwał, nie upokarzał.
Ale też nie słuchał.
A życie z kimś, kto nie słucha, jest niemożliwe.
Odszedłem.
I teraz wiem: nie zawsze trzeba czekać na wielki skandal.
Czasami odchodzi się po prostu dlatego, że trudno się w czyimś towarzystwie oddycha.