Moje przyjaciółki pukały się w czoło, gdy po rozwodzie znów zaczęłam rozglądać się za mężczyznami.
Mam 54 lata i za sobą 26 lat małżeństwa, które w pewnym momencie stało się dla mnie więzieniem.
Odeszłam świadomie – poczekałam, aż syn pójdzie na studia, spakowałam się i zamieszkałam w małym mieszkanku po mamie.
Chciałam jednego: znów poczuć się kobietą. Piękną, pożądaną i ważną.

Wtedy pojawił się Wiktor. Sąsiad, wspólne spacery w parku, coraz dłuższe rozmowy. Gdy zaprosił mnie na randkę, postanowiłam ugościć go u siebie.
Cały dzień spędziłam w kuchni, zapaliłam świece, założyłam najlepszą sukienkę. Punkt siódma zadzwonił dzwonek.
Otworzyłam drzwi i zamarłam. Wiktor stał tam z pustymi rękami. Żadnych kwiatów, żadnego drobnego gestu. — Przyszłeś z pustymi rękami? — zapytałam prosto z mostu.
— I co z tego? Nie jesteśmy już dziećmi — rzucił lekceważąco. — Właśnie dlatego — odpowiedziałam z uśmiechem i zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Dziś Wiktor opowiada całemu osiedlu, jaka jestem arogancka. Ale ja wiem jedno: jeśli mężczyzna od progu widzi we mnie tylko darmową kucharkę, a nie kobietę, to nie jest wart mojego czasu. Lepiej być samą niż w złym towarzystwie.