To, co zaczęło się jako spokojny spacer, przerodziło się w niepokojący moment, którego wciąż nie mogę się pozbyć.
Stojąc nad jeziorem, z nieznajomymi skupionymi wokół cichego, unoszącego się w powietrzu kręgu, poczułem, jak szybko zwykła rzeczywistość może pęknąć.
Każde nowe przypuszczenie – pułapka, broń, stworzenie – dodawało kolejną warstwę niepokoju, jakby sama woda skrywała przed nami jakąś tajemnicę.
Kiedy starzec w końcu się roześmiał i nadał mu nazwę – porzucona gumowa dętka, nadszarpnięta przez czas i pokryta mchem i glonami – napięcie opadło, choć nie do końca.
Wyjaśnienie było proste, wręcz rozczarowujące, jednak obraz nie chciał się zneutralizować.
Przypomniało mi to, jak łatwo nasze umysły wplatają strach w nieznane i jak niektóre rzeczy, raz potraktowane w niewłaściwym świetle, nigdy nie wracają do normy.