Anna wracała z nocnej zmiany w piekarni. Padał deszcz. Pod jej klatką siedział ten sam mężczyzna co zawsze — brodaty, przemoczony, z siwą torbą przytuloną do piersi. Ludzie go mijali. Ona też zawsze mijała.
Tylko tym razem spojrzał na nią i powiedział cicho:
Przepraszam… czy mogę tylko napełnić butelkę wodą?
Coś w jego głosie ją zatrzymało. Miał oczy zmęczone, ale łagodne.
Wie pan co? Chodź pan na górę. Weźmie pan gorący prysznic. Ja zrobię herbatę. Nic więcej.
Zawahał się, jakby nie wierzył. W końcu kiwnął głową.
W mieszkaniu dała mu stary ręcznik po ojcu, mydło i koszulkę swojego brata.
Łazienka tam. Proszę się nie spieszyć.
Poszła do kuchni, nastawiła wodę, wyciągnęła telefon żeby zadzwonić do siostry. I wtedy usłyszała jego krzyk pod prysznicem — nie z bólu, raczej z ulgi, jakby ciepła woda pierwszy raz od miesięcy dotknęła jego skóry.
Mimowolnie zerknęła w stronę uchylonych drzwi łazienki. Para buchała na zewnątrz. I wtedy go zobaczyła.
Na jego ramieniu, na przedramieniu… małe, nieudolne tatuaże. Serduszka. Trzy krzywe serduszka, zrobione jakby długopisem.
Ręka z telefonem jej zdrętwiała. Powoli podniosła własny nadgarstek.
Na jej nadgarstku były dokładnie takie same. Dwa małe serduszka. Wyblakłe od lat.
Zrobiła je sobie razem z nim. Kiedy miała 7 lat, a on 9.
Marek?
Jej starszy brat zaginął 23 lata temu. Miał 16 lat, pokłócił się z ojcem i wyszedł z domu trzaskając drzwiami. Nigdy nie wrócił. Policja szukała, rodzice nie spali miesiącami. Ojciec zmarł 5 lat temu, do końca na niego czekając.
Mężczyzna pod prysznicem zamarł. Powoli opuścił ręce, woda spływała mu po twarzy, mieszając się ze łzami. Spojrzał na swoje serduszka, a potem na jej.
Obiecałaś, że zrobisz sobie takie same jak ja… żebyśmy się zawsze znaleźli — wyszeptał zachrypniętym głosem.
Telefon wypadł Annie z rąk. Zakryła usta dłońmi.
Bezdomny, którego wpuściła z litości, nie był obcym człowiekiem.
To był jej brat.